Poezja i proza na łamach ETERKA


Trudne początki...

Część I

    Pewnego pięknego dnia zdałem sobie egzamin na licencję krótkofalarską kategorii B. Ludziska nie uwierzycie co się tam działo. Do głowy mi nie przyszło, że to nie ja jeden chcę zdać ten egzamin. To było przeżycie. Tłumy ludzi, oknami, drzwiami a niektórzy włazili szybem od windy - spryciarze. 6dy mnie już przemielono przez te trzy pokoje i wypluto na ulicę, poczułem się bardzo dumnym obywatelem posiadającym w kieszeni pozwoleństwo na gadulstwo w pasmach odpowiednich. Poczułem się jak nowo mianowanym i koronowanym jednocześnie. Wspaniale!!!. Po przebrnięciu przez biurokratyczne upodobania i wymogi pewnych instytucji dostałem wreszcie swój wspaniały znak, którego niezwłocznie zacząłeś się uczyć na pamięć. Jesteś z siebie bardzo dumny, bo nie chwaląc się nauczyłem się go dość szybko. Już po tygodniu mógłbym nim operować w eterze. Ano właśnie !!!. Uświadomiłem sobie, dokonując niemałego odkrycia, że jak do tej pory nie jestem jeszcze szczęśliwym posiadaczem sprzętu, z którego niechybnie musiałbym korzystać podczas moich międzykontynentalnych i międzyplanetarnych łączności. Przy okazu uświadomiłem również, że nie posiadam anteny spełniającej powyższe wymagania. Za namową dobrych znajomych wybrałem się w celu uzyskania niezbędnych akcesoriów na wspaniałą, ogólnie znaną giełdę tegoż sprzętu. A tam do koloru, do wyboru. To tylko pobożne życzenie. Z trudem można było uchwycić jakiegoś człowieka przylegającego sprytnie pod ścianą. Nastawiony optymistycznie do życia i świata, niezrażony odkryciem i doświadczeniem, postanowiłem zdobyć sprzęt innymi kanałami. Tego nie odważę się zdradzić. Będąc szczęśliwym posiadaczem sprzętu nadawczo-odbiorczego mogłem przeprowadzić swoją pierwszą łączność na falach eteru. Łączność wypadła pomyślnie i nieodmiennie odbije się jeszcze na moim późniejszym życiu. Mając za sobą wszelkie atrakcje związane z moim nowym hobby, czuje się dumny, że udało mi się przebrnąć przez zawiłe krótkofalarskie meandry.

 

Część II

    Cześć koledzy, jak dobrze pamiętam ostatnim razem opowiadałem Warn co nieco o moim porywie na UKF. Minął rok od tego czasu i co, wykombinowałem sobie jakieś pudło do nadawania. A, że kombinowałem na czarnym rynku, padłem ofiarą oszustwa. Że też mnie zawsze musi spotkać coś takiego. Trwało to jakiś czas zanim zorientowałem się, że moje nowo nabyte radio wyposażone jest jedynie w odbiornik. A po nadajniku ani śladu. W takich to chwilach uzmysławiam sobie, że ze mnie to niezłe ciele życiowe, po prostu naiwniak. Gdy udało mi się wreszcie odkręcić to, co tak ślicznie z właściwym sobie wdziękiem zakręciłem, nareszcie i ja mogłem odezwać się do ludzi, a nie tylko ich słuchać. Pierwsza moja zagadanka przebiegła w dość umiarkowanym tempie, na średnio wysokim poziomie intelektualnym, za to w dość długim czasie. Dorwałem jakiegoś porządnego gadułę (w tym momencie dostrzegam między nami cechy wspólne) bo gdy odwieszałem mikrofon na hak, za oknem prawie świtało (w lato noc jest krótka). Wyobraziłem sobie tylko jaki będę niewyspany z rana, o ile uda mi się w ogóle z rana obudzić.

    Jak przewidywałem kolejny dzień zaczął mi się baardzo późno, coś około obiadu. Wylazłem z łóżka z zamkniętymi oczami, a gdy obejrzałem własną gębę w lusterku, nie mogłem uwierzyć, że to moje odbicie a nie wampira - umarlaka z wczorajszego kina nocnego. W tym momencie uświadomiłem sobie, że moje młodzieńcze życie nierozerwalnie związałem z krót... nie kró... k rot... krótko... z UKF-em.

    Jednym słowem swoją przyszłość zobaczyłem w barwach żałobnych. W celu odreagowania tego pesymistycznego wrażenia, poleciałem po swoje odlotowe okulary z różowymi szkiełkami. Od razu świat wydał mi się weselszy. Krótkie spojrzenie na zegarek i znowu włosy stanęły mi dęba na głowie. O jedenastej bowiem, byłem umówiony z Mrówą.

    Mrówa, to moja dziewczyna. Czasem zastanawiam się jak bardzo musiałem być nieprzytomny, że w ogóle mogło mi się coś takiego przydarzyć. Mieć dziewczynę taką jak Mrówa tzn. mieć pecha albo jeszcze gorzej, jeżeli gorzej jeszcze można.

    Poleciałem do Mrówy jak wariat. Było lekkie starcie, bo ta dziewczyna nic a nic się nie kapuje na krótkofalarstwie. Chciałem ją jakoś wciągnąć w ten cały wirek i zabrałem ją do pawilonu handlowego, do stoiska z bajera sprzętem i fachową lekturą. Najwyraźniej była to tylko strata czasu, bo gdy ja się rozwodziłem nad tym jak to może być wspaniale, odlotowo i w ogóle, ona jakimś cudem zniknęła. Znalazłem ją dopiero przy stoisku z ciuchami, gdzie właśnie przymierzała jakieś kiecki. Potem zaciągnęła mnie do perfumerii. Co te kobiety w sobie mają takiego, że zawsze robią po swojemu. Do końca dnia, a właściwie do momentu, gdy wreszcie zamknięto Domy Centrum, Mrówa ciągała mnie po wszystkich przymierzalniach. Tak się namyślała, jakby miała co najmniej ubrać się na bal. A tymczasem kupiła tylko jakieś babskie fatałaszki. Nigdy tego nie zrozumiem. Uwolniłem się od niej wieczorem i galopem poleciałem na chatę grzać nadajnik i do dzieła.

 

Część III

    Jejku! Co za dziewczyna. Trzy dni temu wróciła moja siostra i od razu chwyciła za miotłę, ścierki, garnki, talerze i inne różne rzeczy czyszczące i gotujące. Od trzech dni nasz dom stoi do góry nogami. W swoim pokoju nie mogę niczego znaleźć bo ona wszystko sprząta, układa, zbiera... Laborantka nie dziewczyna.

    Na początku nie mogłem znaleźć mojego radia. Gdy w końcu przystosowałem jakoś swój pokój do użyteczności znalazło się. A gdzie było? Leżało sobie pięknie poskręcane w pudełku na szafie. No nie mała, to już przesada. Do południa zajęło mi skręcanie go ponownie ale, żeby zabezpieczyć efekty mojej ciężkiej pracy, ty razem przykręciłem je na stałe... do podłogi. To jedyne miejsce, które wydawało mi się słuszne, bo podłogi nie można nigdzie wynieść, ani przestawić. Poleciałem piorunem narzekać, nakrzyczeć na małą i zapowiedziałem jej, żebym jej nie widział u mnie pod groźbą zgilotynowania. Chyba poskutkowało. Wieczorem, gdy odpalałem swoje "rakiety" aby ruszyć na fale eteru, mała przyszła do mego pokoju z świeżo upieczonym, pachnącym ciastem na talerzu. Chłonąc ten niesamowity zapach, zapomniałem o mojej klątwie na jej głowę i pozwoliłem się wspaniałomyślnie poczęstować ciastem "palcelizać" produkcji mojej siostry. Ta mała ma naprawdę talent kulinarny. Powinienem lepiej dobrze z nią żyć. Pozytywne stosunki z domowym kucharzem to już połowa sukcesu. Usiedliśmy na podłodze przy radiu i łaskawie pozwoliłem małej przypatrywać się temu co robię. Czułem się dumy bo sytuacja była jako tako opanowana. Jednym okiem patrzyłem na małą, drugim filowałem na talerz z ciastem, mówiłem do mikrofonu, a podczas tego wszystkiego usiłowałem nie zostać poszkodowany w podziale "palcelizać". Właściwie to nie miałem się czego bać bo przypomniałem sobie, że mała jest na diecie.

    Ta dziewucha jest naprawdę niesamowita. Najpierw zjechała mnie na czym świat stoi, że zajmuje się jakimiś krótkofalarskimi głupotami a teraz siedzi z otwartą gębulą i nastawia uszu na wszystko, co z tym związane. Chciała też trochę pogadać ale jako starszy brat szybko to jej wyperswadowałem. Mała spuściła uszy po sobie, aż mi się głupio zrobiło i wyszła.

    Żeby przypadkiem nie poszła się rzucić z mostu, poleciałem powiedzieć jej, że zabiorę ją do klubu to sobie pogada. Mała zademonstrowała niezadowoloną gębę i ukrywając, że się cieszę, dała mi do zrozumienia, że mam u niej grubą krechę.

    Nazajutrz to znaczy wczoraj, poszliśmy do klubu. Mała była tak zaabsorbowana przez cały dzień, że ucierpiał na tym obiad: kotlety były spieczone i twarde, ziemniaki nie posolone, kompot gorzki a w surówce było chyba z garść papryki. Musiałem to jakoś przełknąć i zabrałem ją wreszcie tam gdzie obiecałem. Po drodze dwa razy zatrzymywaliśmy się, żeby kupić coś do picia bo po tej surówce wciągnąłbym w siebie chyba całą rzekę. Mała jakby nigdy nic (może rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy z zamachu na moje pragnienie albo dobrze się maskowała) szła głupio uśmiechając się. W klubie nie było większych wstrząsów oprócz tego, że czułem nieustannie wielkie pragnienie i pewnie wyssałbym płyn hamulcowy z jakiegoś samochodu, gdyby mi to tylko mogło pomóc. Gdy ja się zabawiałem w smoka wawelskiego mała robiła furorę. Szefuńcio klubu dał jej coś do przeczytania na temat naukowy i ledwo ją stamtąd wyciągnąłem. Nie mam nic przeciwko feminizmowi ale to co dziś przeżyłem to już lekka przesada. Nie zdążyłem podnieść powiek trawiony ciężkimi koszmarami nocnymi, bo śniłem, że umieram z pragnienia, gdy mała zarzuciła mnie pytaniami: co to, a co tamto, a do czego... i po co... Zdążyła przeczytać pół tej knigi od szefuńcia i spierała się o szczegóły.

    Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zjeść to ciasto dwa dni temu, bo teraz nie mogę odczepić się od siostry. Wbiła sobie do głowy, że będzie zdawać egzamin na licencję... Mam tylko nadzieję, że to słomiany zapał i minie tak prędko jak przyszedł. Tak samo jak zapał do komputera, gitary, gry w tenisa, konnej jazdy, gry na trąbce, teatru, śpiewania, hodowania kwiatów doniczkowych...


 

 

"JEDYNKA"

 

Godzina 5:00 rano. Dworzec PKS. Niepewnie wsiadam do autobusu trasy Suwałki-Olsztyn. Ruszamy. Może jak się prześpię to mi przejdzie. Godzina 8:15, chyba za długo wczoraj siedziałem, bo ciągle chce mi się jeszcze spać. Mimo tego wyciągam walkmana i próbuję z szeregu jeszcze niezrozumiałych dźwięków wychwycić melodię konkretnych znaków. Początek idzie ciężko, ale z każdą grupą coraz lepiej. Ludzie patrzą się jak na wariata (a może i całkiem słusznie) i nic z tego nie rozumieją. Dość, szlag mnie trafia, jak mam zdać to i tak zdam. Wreszcie koniec trasy. O godzinie 9:02 jestem w Olsztynie. Trochę dziwne miejsce, nigdzie żadnej tablicy z mapą miasta. Trudno, trzeba powołać się na pierwotny zmysł orientacji i szukać metodą prób i błędów. Nie ma czasu nawet na jedzenie, bo jest go i tak mało. No, wreszcie jest ulica Dworcowa. Teraz tylko naprzód do ulicy Westerplatte i po 80 metrach powinienem ujrzeć budynek LOK-u. Jest, tylko w prawo czy lewo? Idę w lewo. Dobry jestem, prawie na miejscu po 15 min! Jeszcze tylko te parędziesiąt metrów. O, jest nawet sklep spożywczy. Trzeba wypić jakiś jogurt i życie stanie się prostsze. Idę dalej. Żadnego budynku, może ktoś się pomylił i jest trochę dalej. Błąd strategiczny, trzeba było iść w prawo, przeszedłem prawie 2 km i nic. Trudno, na drugi raz będę mądrzejszy (trzeba było wziąć radiotelefon). Drogę powrotną pokonałem prawie biegiem, przeleciałem skrzyżowanie i znów jestem na Westerplatte. Faktycznie, po 100 krokach jest to czego szukałem. O 10:00 wchodzę na podwórko LOK-u. Budynek świeżo wybudowany, bo jeszcze przeprowadzają roboty końcowe. Wchodzę do środka i ... NIC! Żadnego krótkofalowca, jacyś goście uczą się na prawo jazdy. Wychodzę, może jest jeszcze inne wejście? Niestety, budynek, jak bunkier - jedno wejście, jedno wyjście. To nic, ktoś mówi, żeby iść na pierwsze piętro. Czy to normalne, żeby wchodzić po workach z cementem? SĄ, ONI tu są. Wszyscy. Pytam się, gdzie tu kasa. A no tak, że ja ślepy nie zauważyłem. Stoję chyba z dziewiąty; ciągle przychodzą nowi. Dwóch przede mną już po egzaminach. Szkoda tylko, że u jednego i drugiego za odbiór stoi niedostateczny. Wreszcie moja kolej. O kurcze jakie te egzaminy drogie - 30 zł opłaty wstępnej + 36 zł opłaty egzaminacyjnej. Jak nie zdam, stracę pieniądze i dam plamę. Dużo do stracenia. Teraz z kwitem pod drzwi. Mocne natężenie słuchu i już słychać, że tempo spokojne. Chyba zdam, oby tylko ręka nie drgała przy nadawaniu. Wchodzę. Siadam. Odbieram 14 grup - bezbłędnie. Teraz nadawanie. Idzie całkiem dobrze, muszę powtórzyć kreskę ułamkową. Dobrze, za nadawanie też piątka. ZDAŁEM!!! Już tylko formalność, proszę o wpis do informatora, gdzie jeden już jest z roku '97. Gratulacje kolegów i życzenia ciekawych DX-ów. Życie jest piękne! Jest 10 kwietnia 1999 roku godz. 11:00.

VY 73, SQ4EGS


 

 

Cześć i czołem kluski z rosołem

Po uczcie leży pod stołem

Apetyt ma smoczy

I wiecznie roześmiane oczy

Główny diabeł z piekła rodem

Z podrobionym rodowodem

Długość włosów niewielka

Odległość mierzy w kropelkach

Matura w kieszeni

Niczego nie zmieni

l pociąg do lektury

Nie wyklucza kultury

Dziewczyny nosi na rękach

Chodzi w babskich sukienkach

 


 

Na policzkach purpura

Na głowie wiatr hula

Gdy jej nikt nie słucha

Gada jak każda dziewucha

Gdy trzeba mówić milczy jak zaklęta

Nikt nie wie dlaczego gustuje w śrubokrętach

Ostre przedmioty w jej rękach

To istna udręka

Tu siniak tam strupek

Poobijana jak każdy głupek

Paluszków narazie dziesięć

Ale plastrów pełna kieszeń

Zawsze narzeka i krytykuje

Rzadko nad swym językiem panuje

Złośliwa od urodzenia

Znaków szczególnych nie ma.

 


 

Dwa kółka, łańcuszek

Para długich nóżek

Bagażnik z antenką

Koszulka z sarenką

Herbatka z cytrynką

Ciasteczko z malinką

W butach często się chlupoce

Jak każdej niecnocie

W namiocie sadzawka

I zielona trawka

Karmi wszystkich dookoła

Co o pomstę woła

Nigdy nie zje banana

Choć linia prawie przerywana

Denaturat do dezynfekcji

Nóż do robienia sekcji

Przeprowadził wiele lekcji

Które nie budziły obiekcji

Nieśmiały jak panienka

Lecz nie chodzi w sukienkach

Może rozpoznajecie kogoś w powyższych opisach?


 

Pytania testowe

 

Co to za znak SP0YTF?

Co to jest karta QSL?

Co to jest IARU?

Jaki jest odstęp częstotliwości w przemiennikach?

SKED to:

Znak SP4KGB to:

Fider to:

AMTOR to:

RIT oznacza:

Polska została podzielona na: